środa, 23 października 2019

Statystyka

Odsłon : 1247747

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 54 gości 
Jan Paweł II Papież spotkania Drukuj Email
Wpisany przez ks. Zbigniew Zabiszak   
piątek, 17 października 2008 08:20

Żywiołem Jana Pawła II byli ludzie. „Każdy człowiek jest osobnym rozdziałem. Każdego przyjmuję jako osobę, którą przysyła Chrystus” – pisał. To było wypisane na jego twarzy. Czy tu nie leży sekret owocności jego misji?
Z okazji kolejnych papieskich rocznic publicyści ubolewają, że Polacy za mało słuchali Jana Pawła II, że nie znają jego myśli albo nie przejęli się nią wcale, że zatrzymali się na poziomie emocji, wzruszeń, a nie docenili głębi jego przesłania. Jest w tym sporo racji. A jednak fenomen Jana Pawła II nie polegał tylko na tym, co mówił, ale także, a może przede wszystkim, jak mówił.

Image
Jan Paweł II witany w porcie El Malecon w Meksyku 7 maja 1990 roku fot. EAST NEWS/AFP/DERRICK CEYRAC

 Ten Papież mówił innym językiem. Zauważono to już od pierwszych słów wypowiedzianych tuż po pamiętnym konklawe 30 lat temu. Inny był także język encyklik, homilii, przemówień. Zniknęło urzędowe papieskie „my”. Przemówił człowiek. Oczywiście mówił jako papież, ale mówił własnym językiem. Jak zauważył ks. Józef Tischner, „ten język zdradzał inną wrażliwość, inne otwarcie, inny świat. Był to przede wszystkim język wspólnoty – język jakiegoś szczególnego międzyludzkiego »my«”.

Kalendarze i albumy z Papieżem
Nieraz wspominamy ludzi, którzy zostawili w naszym życiu jakiś ślad. Może wpłynęli na nasze życiowe wybory, skłonili do jakiegoś pozytywnego zaangażowania, wydobyli z nas dobro. Na ogół nie pamiętamy konkretnych słów ważnej rozmowy, wykładu, kazania czy katechezy. Zapamiętujemy na dłużej i mocniej przez serce niż przez rozum. Pamiętamy, że był ktoś, że miał w sobie coś wyjątkowego: ciepło, szacunek, troskę, mądrość... Pamięć przechowuje spotkanie, wydarzenie, moment olśnienia, chwilę zachwytu, błysk odkrycia jakiejś ważnej prawdy. Prawda nie przemawia tylko siłą zdań czy klarownością wykładu, przemawia dzięki autentyczności nadawcy. Pamiętamy twarz tego, kto do nas mówił.

Image
fot. EAST NEWS/SIPA/Grzegorz Gałązka

Albumy i kalendarze z Papieżem. Ciągle je kupujemy. Wpatrujemy się w te zdjęcia, choć widzieliśmy je już setki razy. Naiwne to, niedojrzałe, banalne? Niekoniecznie. Tęsknimy po prostu, brakuje nam go. Chcemy widzieć jego twarz. Bo tajemnica papieskiego oddziaływania kryła się w jego twarzy. Ks. Tischner pisał w „Filozofii dramatu”: „Twarz nie przejawia się, ale objawia. Spotkać, to spotkać innego w jego twarzy. Twarz to ludzka prawda. Twarz zawiera w sobie jakiś odblask idealnego piękna, idealnego dobra, idealnej prawdy. Zdolna jest porwać, zachwycić, wynieść ponad prozę świata ku poetyce istnienia. Ale jest ona także kruchością, zagubieniem, krzywdą lub biedą. To przede wszystkim na twarzy człowieka przemija jego piękno i jego życie. Tutaj jest łza i umieranie. Twarz jest osadzona na krzyżu istnienia”.

Twarz Jana Pawła II. Wpatrywaliśmy się w nią, bo na niej było wszystko wypisane: wzruszenie, młodzieńcza energia, radość, modlitewne skupienie, dobro, miłość do ludzi, wiara, błysk żartu, czasem gniew, zmęczenie, grymas bólu po zamachu, z biegiem lat choroba, starość, cierpienie konania, wreszcie śmierć. Tak wielu chciało spojrzeć z bliska w tę twarz. Tak było do końca. Aż po ostatnie pożegnanie, kiedy ogromna rzeka ludzi płynęła do Rzymu, aby ostatni raz zobaczyć twarz swojego papieża. On już wtedy nic nie mógł powiedzieć, ale przecież nadal mówił.

Image
fot. EAST NEWS/AFP/DERRICK CEYRAC

„Moje spotkanie z Papieżem”
Image
fot. EAST NEWS/G. GULIANI
Kochał ludzi. W jakimś sensie, choć zabrzmi to banalnie, rozkochał nas w sobie. Oczarował spojrzeniem, uśmiechem, głosem, gestem, wolnością, która z niego emanowała, przejrzystością, prostotą, humorem. Jak magnes przyciągał ludzi do siebie, ale sam też do nich lgnął. Na zakończenie Mszy św. inaugurującej pontyfikat wykonał gest, który – dla mnie osobiście – pozostał symbolicznym obrazem całego pontyfikatu. Nie zważając na rzymskich prałatów, strzegących liturgicznego porządku i papieskich ochraniarzy, ruszył w stronę barierek do ogromnego tłumu wypełniającego plac. Mały chłopczyk przedarł się, by wręczyć mu kwiaty. Jan Paweł II przytulił go. Jakby chciał wziąć w objęcia wszystkich. I tak było już zawsze. Ciągnęło go do ludzi, zawsze chciał być blisko. „Szukałem was” – wyznał tuż przed śmiercią.

Spotkanie było jego żywiołem. Pielgrzymki, wielkie celebry na placach, stadionach, ale też nieskończona ilość audiencji, nieustanne spotkania z ludźmi przy posiłkach. Na ilu ścianach wisi osobiste zdjęcie z Papieżem? Iluż ludzi żyje wciąż z przekonaniem o swojej wyjątkowej z nim relacji. Ile powstało książek w stylu „moje spotkania z Janem Pawłem II”. To nie jest przejaw megalomanii ich autorów. Karol Wojtyła naprawdę tak działał: jako duszpasterz, wykładowca, biskup Krakowa i papież. Budował więzi, tworzył klimat szacunku i zaufania, słuchał i rozmawiał. Nieustannie nadawał komunikat: „Jesteś dla mnie ważny”. Dlatego tak wielu z nas ma swoją wyjątkową opowieść o Papieżu. To nie są tylko sentymentalne historie, dla wielu to część historii wiary lub nawrócenia.

W książce „Wstańcie, chodźmy!” napisał: „Dla biskupa jest bardzo ważne mieć kontakt z ludźmi, posiąść umiejętność komunikowania się z nimi na różne sposoby. Jeśli o mnie chodzi, to rzecz znamienna, że nigdy nie miałem wrażenia, żeby liczba moich kontaktów była zbyt duża. Niemniej moją troską było, aby w każdym przypadku zachować indywidualny charakter tych odniesień. Każdy człowiek jest osobnym rozdziałem. Zawsze działałem zgodnie z tym przekonaniem. (…)

Mam taką zasadę, że każdego przyjmuję jako osobę, którą przysyła Chrystus – jako tego, którego mi dał i zarazem zadał”. Czy gdzieś w tych rejonach nie kryje się tajemnica duszpasterskiego sukcesu Jana Pawła II? Czy historia jego pontyfikatu nie jest przede wszystkim historią spotkań? Rozmowa z Ali Agcą, spotkania międzyreligijne w Asyżu, niezliczone rozmowy z młodzieżą, także muzułmańską w Casablance, z politykami z lewa i z prawa, i ze środka, z chorymi, z dziećmi…

Image
Pielgrzymka Jana Pawła II do Ziemi Świętej. Spotkanie z rabinem Yisraelem Altem i muzułmańskim duchownym Tatzire Tamimi w Jerozolimie 23 marca 2000 r. fot. EAST NEWS/AFP/GABRIEL BOUYS

W tym szaleństwie była metoda
Image
Historia pontyfikatu polskiego Papieża jest historią jego niezliczonych spotkań z ludźmi fot. EAST NEWS/SIPA/BOCCON-GIBOD
Spotkanie to moment ludzkiej komunikacji na poziomie spraw ważniejszych niż codzienna gonitwa. Spotkanie jest wyjściem z własnego świata, z własnej samotności, jest otwarciem na innego, jest poszerzeniem horyzontu, doświadczeniem bycia z innymi i dla innych.

Czy możliwe jest spotkanie z Bogiem bez autentycznego spotkania z człowiekiem? Ewangelia głosi, że Bóg stał się człowiekiem, aby po ludzku do nas przemówić, aby spotkać się z nami na poziomie człowieczeństwa.

Sobór Watykański II definiował Kościół jako „znak i narzędzie wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. Jan Paweł II przełożył to soborowe nauczanie na duszpasterstwo, na styl sprawowania posługi. Wiedział, że do ludzi dziś mówi bardziej obraz niż słowo. Dlatego godził się na życie w błysku fleszy i kamer. W kwestii komunikowania się Kościoła ze światem podniósł poprzeczkę na niesamowity poziom. Wiedział, że dobra komunikacja prowadzi do komunii, wspólnoty.

Wielokrotnie przed papieskimi pielgrzymkami do Polski pojawiała się obawa, że jakiś obóz czy frakcja wykorzysta Papieża do jakiejś swojej rozgrywki, że posłuży się nim do wzmocnienia swojej strony przeciwko komuś innemu. Nigdy tak się nie stało. Polacy na co dzień podzieleni i skłóceni, podczas papieskich wizyt zaczynali inaczej na siebie patrzeć, inaczej rozmawiać, odzyskiwali na moment zagubioną solidarność. Ewangeliczne przesłanie w ustach Papieża sprawiało, że stawaliśmy się uczestnikami tej samej Sprawy, pisanej przez wielkie „S”. Żal, że trwało to tak krótko, ale jednak przywracało nadzieję, że jest możliwe. Nie wiem, czy kiedykolwiek mocniej jak właśnie w tych dniach czuliśmy, że Kościół jest miejscem jednoczenia, spotkania, wolności ku dobru. Moment pożegnania był kulminacją tego przeżycia.

Image
fot. EAST NEWS/AFP/Jean CLauDE DElMAS


Nie, nie musimy wstydzić się uczuć, które rozbudził w nas Jana Paweł II. Tuż po wyborze Benedykt XVI w Kaplicy Sykstyńskiej powiedział do kardynałów: „Czuję, jakby jego mocna ręka trzymała moją. Zdaje mi się, że widzę jego uśmiechnięte oczy i słyszę jego słowa skierowane do mnie w tej szczególnej chwili: Nie lękaj się!”. To były dobre emocje, oczyszczające i przemieniające. Sama prawda nie zmienia człowieka.

Zmienia miłość i prawda.

Image
fot. EAST NEWS/AFP/DANIEL JANIN
Jasne, że powinniśmy mocniej wziąć sobie do serca papieskie nauczanie, ale świadectwo Jana Pawła II pozostanie dla naszego pokolenia przede wszystkim przejmującą katechezą o Kościele jako miejscu spotkania. Nie tylko w wymiarze braterstwa, ale i w sensie najgłębszym – spełniania się obietnicy: „Gdzie są dwaj lub trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”.
Papieski biograf Georg Weigel podkreśla, że zasługą Papieża z Polski było przekształcenie papiestwa z urzędu kierowniczego w ewangeliczny, co „stworzyło absolutnie nowe możliwości dla Kościoła”. W twarzy Jana Pawła II zobaczyliśmy inną twarz Kościoła, bardziej ludzką, i dlatego bardziej Bożą, ewangeliczną, zapraszającą do pójścia Jezusową drogą. Kościół nie może zagubić tej twarzy.














ImageSłużyłem Mu
rozmowa z metropolitą krakowskim kard. Stanisławem Dziwiszem rozmawia Andrzej Grajewski
O pamiętnym wieczorze 16 X 1978 roku, zamachu na życie Jana Pawła II i nowym filmie, nakręconym na podstawie książki „Świadectwo”, z metropolitą krakowskim kard. Stanisławem Dziwiszem rozmawia Andrzej Grajewski
Kard. Stanisław Dziwisz W 1966 r. został kapelanem metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły, a po jego wyborze na Stolicę Piotrową osobistym sekretarzem Jana Pawła II. W 1998 r. Jan Paweł II mianował go biskupem, a w 2003 r. arcybiskupem. W 2005 r. Benedykt XVI mianował go metropolitą krakowskim, a w 2006 r. kardynałem.

Andrzej Grajewski: Włoski tytuł książki „Świadectwo” jest nieco inny – „Una vita con Karol”, czyli „Życie z Karolem”. Podkreśla znaczenie więzi z osobą Papieża. Czym dla Księdza Kardynała było życie obok Ojca Świętego?
kard. Stanisław Dziwisz: – Tytuł książki w wydaniu włoskim, ale także w wielu innych wydaniach, książka bowiem została przełożona na wiele języków świata, nie jest mój. Spierałem się o niego z wydawcą, ponieważ mój stosunek do Papieża był bardzo szczególny. Było to synowskie przywiązanie i miłość kapłana do swego biskupa. Nigdy poza te ramy nie wychodziłem. Nigdy się nie nazywałem i nie chcę się nazywać przyjacielem papieża. Tym bardziej nigdy nie używałem jego imienia w jakiejkolwiek sytuacji. Dlatego prosiłem polskiego wydawcę, aby dał książce inny tytuł, bardziej mi bliski i odpowiadający charakterowi książki – „Świadectwo”. Tamten tytuł, ze względu na wielki szacunek do Ojca Świętego, mi nie odpowiadał.

Trudno jednak zaprzeczyć, że Opatrzność sprawiła, że życie Księdza Kardynała wpisało się w życie Jana Pawła II.
– Tak, ale nie było to życie obok Papieża. To było coś innego. W jakiś sposób jego życie stało się moim życiem. Na tym polegała moja służba. Tak się to rozpoczęło jeszcze w Krakowie, a później rozwinęło w Watykanie, zwłaszcza w ostatnim okresie pontyfikatu. Zresztą nie tylko moje życie, ale i całego grona, które było złączone codziennym życiem z nim. Myślę przede wszystkim o siostrach, które pracowały w Pałacu Apostolskim. Całe nasze życie było wtedy podporządkowane działalności, programowi i sprawom Jana Pawła II.

Czy miał Ksiądz Kardynał już wtedy poczucie, że uczestniczy w tworzeniu historii?
– Tak wysoko nie mierzyłem. Chciałem tylko służyć Karolowi Wojtyle, arcybiskupowi, później kardynałowi, a wreszcie papieżowi. Nie myślałem nigdy o sobie, że zapisuję jakąś osobistą historię. Uczestniczyłem w jego życiu i starałem się mu pomagać i służyć. Oczywiście nie zastępując nikogo innego. Szanowałem zawsze kompetencje innych osób. Starałem się być w tym wszystkim jak najbardziej dyskretny.

W jakich okolicznościach kard. Wojtyła dowiedział się o śmierci Jana Pawła I?
– Podczas śniadania, w którym uczestniczyliśmy ja i kard. Franciszek Macharski, wówczas rektor seminarium. Przez małe drzwi z kuchni do refektarza wychylił się kierowca kardynała pan Józef Mucha i powiedział, że umarł papież. – Umarł, ale miesiąc temu – odpowiedział mu kardynał. A on mówi, że to chodzi o nowego papieża, a ułyszał to przed chwilą w informacjach radiowych. Wówczas kard. Wojtyła przerwał śniadanie i opuścił nas w milczeniu. Później długo zamyślony stał na piętrze, spoglądając przez okno.

Przeczuwał, co nastąpi?
– Nie wiem, gdyż o takich sprawach ze mną nie rozmawiał. Niemniej z rozmaitych zachowań można było wywnioskować, że jego nazwisko mogło się pojawić już na poprzednim konklawe.

Przypomina sobie Ksiądz Kardynał moment, gdy kard. Felici ogłosił, że papieżem został kard. Wojtyła?
– Oczywiście. Stałem wówczas na Placu św. Piotra obok fontanny, tej po lewej stronie, patrząc w stronę bazyliki. Gdy usłyszałem imię kardynała Wojtyły, ciarki przeszły przeze mnie. Niewątpliwie było to ogromne, wielkie wzruszenie. Wszystko we mnie zadrgało. Chociaż rezultatu konklawe w jakiejś mierze się spodziewałem.

Dlaczego?
– Kard. Wojtyła przed konklawe był jednym z tych, których kandydatura była brana pod uwagę.

Czy więc rano tego dnia Ksiądz Kardynał mógł pomyśleć, że wieczorem znajdzie się po drugiej stronie Bramy Spiżowej?
– Nie, o tym nie myślałem. Ale nie będę ukrywał, że pewne sygnały z Watykanu nadchodziły już wcześniej. Przygotowywano tam chyba ok. 10 życiorysów potencjalnych kandydatów i wśród nich był także biogram kard. Wojtyły.

Skąd to Ksiądz Kardynał wiedział?
– Brakowało im niektórych szczegółów biograficznych i zwrócili się do mnie, prosząc o ich uzupełnienie.

Nie była to więc dla Księdza Kardynała wiadomość jak grom z jasnego nieba?
– Nie była. Przecież prasa światowa także pisała o możliwości wyboru kard. Wojtyły, choć podkreślano, że jest to mało prawdopodobne. Faworytami z pewnością byli kardynałowie włoscy. Niemniej kard. Wojtyła był brany pod uwagę. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że moment ogłoszenia wyboru
przeżyłem niezwykle głęboko. Przecież wybierano i powoływano następcę Piotra. Miałem także świadomość, jakie będą konsekwencje tego wyboru dla Kościoła i dla świata, i oczywiście dla Polski.

Jakie było wejście Papieża w dom papieski? Przecież obowiązywały tam uświęcone odwieczną tradycją zwyczaje i rytuały, a w Krakowie kardynał cenił prostotę.
– Papież zachował tam krakowską prostotę. To była duża nowość wewnątrz Watykanu, ale także na zewnątrz. Chociażby taki drobiazg. Gdy przechodził papież, Gwardia Szwajcarska przyklękała. Jan Paweł II od razu im powiedział: przecież jesteście żołnierzami, nie wypada wam klękać. Jeśli chcecie okazać mi szacunek, to musicie znaleźć jakąś inną formę, ale nie klękanie. Takich drobiazgów było dużo. Można powiedzieć, że Jan Paweł II starał się temu życiu, które miało swój protokół, nadać większą zwyczajność.

Nie było chyba wcześniej zwyczaju, aby ktoś z zewnątrz jadł z papieżem?
– Z pewnością były to bardzo rzadkie przypadki. Natomiast Jan Paweł II chciał się spotykać z ludźmi i wykorzystywał do tego każdą okazję. Chciał z ludźmi rozmawiać. W czasie audiencji nie mógł sobie pozwolić na długie rozmowy ze swymi współpracownikami i dlatego zapraszał ich na prywatne rozmowy. Te spotkania przy posiłkach miały często roboczy charakter. Jedynie w niedzielę rezerwował sobie czas na bardziej prywatne spotkania. Proszę pamiętać, że to był bardzo zapracowany człowiek, ale jednocześnie bardzo skuteczny w tym, co robił.

Papież jest także pasterzem Rzymu. Jakie znaczenie miało Wieczne Miasto w jego posłudze?
– Jan Paweł II zawsze podkreślał: ja jestem papieżem jako Biskup Rzymu, a nie papież jest Biskupem Rzymu. Czuł się w obowiązku być pasterzem Kościoła rzymskiego. To są przecież podstawy papiestwa. Stale spotykał się z ludźmi pracującymi tam w duszpasterstwie. Chciał być na bieżąco w problemach tego Kościoła. W czasie swego pontyfikatu zwizytował chyba 304 rzymskie parafie.

Jak był przyjmowany?
– Fantastycznie, bardzo serdecznie.

Panuje opinia, że to raczej lewicowo nastawione, zlaicyzowane miasto.
– Trudno tak uogólniać. Rzym jest mozaiką. Jest wielka różnica między poszczególnymi dzielnicami i parafiami. Pamiętam, jak po wizytacji jednej z parafii, gdzie Papież był przyjmowany niezwykle serdecznie, podszedł do nas kard. Ugo Poletti, wikariusz diecezji rzymskiej, i powiedział, że to było coś niezwykłego. Dobrze bowiem pamiętał, że gdy tę parafię odwiedzał Paweł VI, to w jego stronę poleciały kamienie. A jemu, podczas wizytacji, ktoś poprzecinał opony w samochodzie. Musimy pamiętać, że był to czas mocnej kontestacji Kościoła. To się wszystko zmieniło, czasy się zmieniły. Ale też Jan Paweł II wpłynął na zmianę czasów. Pamiętam pierwszą pielgrzymkę do Włoch. Papież pojechał do Turynu. Nieżyjący już kard. Anastasio Ballestrero mówił, że to nie jest możliwe, aby wyjść na plac i tam odprawiać Mszę św. W mieście nie było spokojnie. Stale były jakieś awantury, zamachy. Wtedy Papież mu powiedział, że nie możemy zostawiać placów dla marksistów. Musimy tam iść. Cała marksistowska lewica chciała Kościół zepchnąć do zakrystii.

We Włoszech?
– We Włoszech i w Europie. Papież jednak był przekonany, że przyszłość świata nie należy do marksizmu. Wierzył, że przyszłością świata jest orędzie prawdy, miłości i solidarności. Z tym szedł do świata i zdobywał place i ulice dla Chrystusa.

W warunkach włoskich było to czymś nadzwyczajnym?
– Absolutnie tak. Początkowo pojawiały się głosy kontestujące Papieża. Ale później to wszystko znikło. Ludzie powszechnie go zaakceptowali.

Mimo że nie był Włochem?
– Na początku Włosi mówili o nim „papież Polak”. Ale z biegiem lat zaczęli mówić „nasz papież”. I tak jest do dzisiaj.

Czy Jan Paweł II w Watykanie tęsknił za Polską?
– Żył Polską. Stale podkreślał, że jest papieżem jako Polak i służy Kościołowi przez to, co stąd wyniósł, przez kulturę, tradycję, wiarę.

Ale czy tęsknił?
– Przeżywał wszystkie jej sprawy, ale on nie był sentymentalny. Miał w sobie wielką wrażliwość, ale tylko raz widziałem łzy w jego oczach. Nie miało to związku z naszym krajem.

Jak Ksiądz Kardynał zapamiętał chwile po zamachu 13 maja 1981 r.?
– Nie było wówczas czasu na głębszą refleksję. Myśl była jedna: był zamach, Papież został postrzelony, trzeba go natychmiast ratować. Pan Bóg sprawił, że nie popełniłem błędu, który mógł się przecież przydarzyć. Gdyby Papież po zamachu został przeniesiony do swego domu, byłby koniec. Liczyła się wtedy każda minuta.

Ksiądz Kardynał podejmował tę decyzję?
– Nie było nikogo innego, kto mógłby ją podjąć. Z Placu św. Piotra, gdzie Papież został postrzelony, pojechaliśmy jeepem prosto do watykańskiego ambulatorium, które znajdowało
się za pocztą watykańską. Tam dotarł doktor Renato Buzzonetti, osobisty lekarz Papieża. Nawet nie weszliśmy do środka. Papież został położony na ziemię. Bano się go ruszać. Czekaliśmy, aż podjedzie karetka. Pierwsza była niesprawna, podjechała więc druga. Natychmiast pojechaliśmy do szpitala.

Wybór polikliniki Gemelli był ustalony wcześniej?
– Na początku pontyfikatu przyszedł do mnie dr Buzzonetti z pytaniem, czy na wypadek choroby Papież zgodziłby się na leczenie szpitalne. Alternatywą było zorganizowanie punktu medycznego w domu Papieża. Dr Buzzonetti jednak zaznaczył, że nie ma możliwości, aby w Watykanie zainstalować wszystkie najnowsze urządzenia medyczne. Już wtedy Papież powiedział, że jeśli zaistnieje potrzeba leczenia szpitalnego, to on się na to godzi. Zostało to ustalone na początku pontyfikatu. W poliklinice Gemelli była przygotowana specjalna sala, tylko dla Papieża.

Czy ktoś do nich zadzwonił, że przywiozą rannego Papieża?
– Tego nie wiem, ja nie dzwoniłem, być może dr Buzzonetti, a może nikt nie dzwonił.
Podobno przejazd przez Rzym był bardzo trudny, panował tłok i zepsuł się alarm w karetce.
– Tak rzeczywiście było, ale tłok był także w szpitalu. Zamieszanie ogromne. Mogły się więc zdarzyć pomyłki, których skutki byłyby nieodwracalne.

O co chodziło?
– Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że nie ma w szpitalu chirurga. Byli lekarze dyżurni, ale właściwego chirurga, prof. Francesco Crucittiego, nie było. Nikt nie wiedział, co robić. Papieża z karetki zanieśli do sali i czekają. Wtedy mówię: na miłość boską, przecież Papież jest umierający, natychmiast na salę operacyjną. Wszystkich ta sytuacja zaskoczyła i potracili głowy. Podobnie było już na sali, gdzie kręciło się bardzo wiele osób, potrzebnych i niepotrzebnych. Zamieszanie było straszne. Na szczęści dotarł do szpitala prof. Crucitti, który choć nie miał tego dnia dyżuru, tknięty jakimś impulsem postanowił przyjechać do szpitala. Po drodze z radia dowiedział się, że był zamach. Później lekarze wzięli rannego Papieża w swoje ręce, ale były momenty bardzo delikatne.

W szpitalu?
– Operacja już trwała, gdy po jakimś czasie Buzzonetti przyszedł do mnie. Nie byłem na sali, tylko w pokoju obok. Denerwowało mnie zamieszanie na sali, że wchodził tam każdy, kto chciał. Więc Buzzonetti mówi, że ledwie wyczuwa bicie serca Papieża i że zanika tętno. Poprosił, abym Papieżowi udzielił sakramentu namaszczenia chorych. Uczyniłem to. Były też problemy z krwią. Krew, którą Papieżowi podano podczas transfuzji, nie przyjęła się, choć była to krew tej samej grupy.

Skąd więc wzięto krew?
– Oddali ją lekarze, którzy byli na miejscu, bezpośrednio na sali operacyjnej.
„Świadectwo” ujawnia wiele szczegółów, ale mam wrażenie, że to zaledwie część historii w której Ksiądz

Kardynał uczestniczył. Poznamy ciąg dalszy?
– Osobowość Jana Pawła II jest zbyt bogata, aby jej opis mógł być wyczerpany w jednej książce. Pozostało jeszcze dużo do pogłębienia. Świat ciągle na nowo odkrywa Jana Pawła II.

Czy Ksiądz Kardynał robił w Watykanie notatki?
– Codziennie, przez 27 lat, pisałem jedną stronę. Mam 27 tomów zapisków z tamtego czasu.

Będą kiedyś wydane?
– W tej formie nie nadają się do druku. Wymagają opracowania. Korzystałem z tych notatek, gdy pracowałem nad „Świadectwem”, aby książka była mocno osadzona w realiach i faktach.

Wkrótce odbędzie się premiera filmu „Świadectwo”. Czy powstał na podstawie książki?
– Film nie jest ekranizacją książki. Ona była tylko inspiracją, punktem wyjścia. Choć z tego, co mi wiadomo, książka i film są wobec siebie komplementarne.

Pamiętam taki moment w czasie pielgrzymki do Bułgarii. Papież był już wówczas poważnie chory. Ksiądz Kardynał nie odstępował go ani na moment. Pomagał mu poruszać się, wycierał twarz, usta. To nie była już praca sekretarza, lecz pielęgniarza.
– W tym ostatnim okresie były nowe obowiązki. Zarazem jednak była to łaska. Robiłem to w imieniu całego Kościoła. Ojciec potrzebował wsparcia i należało mu je dać.

Co Ksiądz Kardynał czuł, nakrywając chustą twarz zmarłego Jana Pawła II?
– To było dla mnie wstrząsające doświadczenie. Nie mogę go zapomnieć. Zakrywałem twarz, w którą byłem wpatrzony przez tyle lat. Jakby coś nieuchronnie się kończyło, skazane było na zapomnienie. Ja wiem, że czytane w tym momencie teksty liturgiczne mówią o czymś zupełnie innym. Ale tak po ludzku, wszystko we mnie było bólem.

O czym dzisiaj, w 30. rocznicę wyboru Jana Pawła II, powinniśmy pamiętać?
– O programie, który zawarł w swym orędziu na inaugurację pontyfikatu, kiedy wzywał, aby „otworzyć drzwi Chrystusowi”. W nim zawarł wszystko. Z pewnością także dzisiaj Jan Paweł II by nam powiedział, że nie ma solidarności bez miłości. Miłość najważniejsza jest i szacunek wzajemny.

Poprawiony: sobota, 25 października 2008 23:49